31.08.2013

Portugalia -> cel podróży osiągniety!

          W końcu dotarłyśmy do długo wyczekiwanego celu naszej podróży czyli Portugalii :) Pierwsze spostrzeżenie to więcej zieleni i niższe ceny niż w Hiszpanii oraz dużo lepsza znajomość języka angielskiego wśród mieszkańców. Bardzo mnie to ucieszyło, jako że języka portugalskiego nie znam wcale.
            Zwiedzanie kraju, który niegdyś był światową potęga gospodarczą zaczęłyśmy od Lizbony.
Najpierw przeszłyśmy się po Alfamie- najstarszej dzielnicy miasta, miejscu narodzin portugalskiej muzyki Fado. Zwiedziłyśmy zamek św. Jerzego oraz Katedrę Sé. Jednak na mnie większe wrażenie zrobiły ruiny średniowiecznego, gotyckiego Klasztoru Karmelitów, który znajduje się w dystrykcie Chiado, naprzeciw wzgórza zamkowego.

Widok na Lizbonę o zachodzie słońca
            Celem naszej podróży była nie tyle Portugalia, co najdalej wysunięty na zachód punkt Europy czyli przylądek Cabo da Roca.


Poza zdobyciem tego miejsca, zwiedziłyśmy miasteczko Sintra, które znajduje się kilka kilometrów dalej. Jego największą atrakcją jest Zamek Maurów i Pałac Pena. Ten ostatni wygląda zupełnie jak z z bajki o Alladynie. Z całej mojej wyprawy ta budowla najbardziej utkwiła mi w pamięci. Prawdopodobnie dlatego, że jest tak inna od tego wszystkiego, co do tej pory widziałam.


            Potem przyszła kolej na dalsze poznawanie Lizbony i na dzielnicę Belém i klasztor Hieronimitów oraz cukiernię nieopodal, gdzie można spróbować słynnych ciasteczek jajecznych Pastel de Belém (lub Pastel de nata) dostępnych tylko tutaj w Pastéis de Belém. Widziałyśmy też Torre de Belém czyli wieżę odkrywców.

 Potem wjechałyśmy na szczyt Pomnika Odkrywców, który przedstawia ważne postacie z okresu wielkich odkryć geograficznych, m.in. Vasco da Gama, Ferdynand Magellan i Henryka Żeglarza uważanego za twórcę portugalskiego imperium kolonialnego. To dzięki niemu, a dokładnie dzięki założonej przez niego Szkole Kartografii i Astronomii w Sagres, Portugalia miała kolonie w Afryce, na Bliskim Wschodzie, Indiach, Dalekim Wschodzie i Archipelagu Malajskim, w Ameryce Środkowej i Południowej Afryki. Książę Henryk Żeglarz był także wielkim mistrzem Zakonu Chrystusa, którego główna siedziba mieściła się w Tomarze. Wszystkim polecam odwiedzić to miasteczko i zobaczyć ten wyjątkowy klasztor, nie bez powodu wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
Kolejnym zakonem godnym uwagi jest Batalha. Jego architetura przywodzi na myśl sceny z filmu o Harrym Poterze. Dodatkowo w tym zakonie jest pochowany Książę Henryk Żeglarz.           
           Po tak długim czasie spędzonym głównie w zabudowanej przestrzeni, zapragnęłam pobyć trochę na łonie natury, dlatego ze znajomymi pojechaliśmy zobaczyć najwyższe wodospady w Portugalii, które znajdują się w Parku Narodowym Alvão.


 Aby móc dotrzeć do wodospadów, musieliśmy się wspinać, a raczej schodzić w dół, przez kilka godzin, jednak widoki i kąpiel w krystalicznie czystej wodzie u podnóży wodospadu były tego warte. Była to moja pierwsza wspinaczka w życiu, dlatego też sprawdzałam poziom cukru co każde pół godziny, a bazę w pompie zmniejszyłam na 20%.
 
            Kolejnym Parkiem Narodowym do którego się wybrałam był Gerês. Piękno natury podziwiałam z grzbietu konia, kłusując między górami a jeziorem, w którym następnie, dla ochłody, pływałam. 


Dużo aktywności fizycznej jak na jednego diabetyka nie przywykłego do uprawiania sportu, ale wystarczyło, że zmniejszyłam bazę na 30% i często kontrolowałam poziomu cukru.
            Podczas całej podróży przez Europę nie miałam większych problemów w związku z cukrzycą. Dopiero w Portugali zaczęłam mieć kłopot z wysokimi poziomami cukru po śniadaniu. Na początku myśłałam, że to wina wkłucia do pompy insulinowej, potem że jest to odbicie po nocnym niedocukrzeniu spowodowanym dużą aktywnością fizyczną albo, po prostu, za dużo węglowodanów na posiłek. Mimo ciągłego zwiększania ilości insuliny podawanej do śniadania, problem nie znikał. W końcu, po 3 dniach, zadzwoniłam do Polski, do swojego diabetologa. Moja Pani Doktor od razu odkryła powód moim kłopotów. Była to zmiana trybu życia, a dokładniej pór dnia w moim przypadku. W Portugalii z powodu upału, ludzie wstają później i życie toczy się normalnie dopiero wieczorem i w nocy, w związku z czym wszyscy śpią nawet do południa.
            Poranny pomiar cukru był w rzeczywistości wykonywany w południe, a śniadanie jadłam wtedy, gdy pompa podawała mi w bazie mniejsze porcje insuliny. Większe przepływy w bazie miałam ustawione między godziną 2 a 7 rano, bo właśnie wtedy miałam większe zapotrzebowanie na insulinę, gdy prowadziłam normalny tryb życia w Polsce. Jednak po przestawieniu przez mojego lekarza dotychczasowego ustawienia bazy na nową bazę uwzględniającą mój faktyczny czas wstawania i kładzenia się spać, wszystko wróciło do normy.
            Podczas całej podróży mogłam mierzyć poziom cukru niezależnie od okoliczności dzięki temu, że używam sprzężonego zestawu – pompy insulinowej Paradigm 722 i glukometru Contour Link – nie miałam żadnego problemu ze sprawdzaniem poziomu cukru po ciemku i w nocy, a czas mojej reakcji był także skrócony, bo pompa od razu, sama wyświetlała mój wynik na ekranie. Wystarczy trafić kroplą krwi na pasek, a po chwili można odczytać wynik na podświetlonym ekranie pompy. Taki system polecam wszystkim podróżnikom :) Nie wyobrażam sobie odbycia takiej podróży bez pompy insulinowej z wkłuciami zmienanymi wraz z pojemnikiem na insulinę co każde 3 dni (szczególnie ważne podczas podróży, bo miałam pewność, że nie będę miała problemów z pompą, bo stosuję się do zaleceń producenta), dobrego glukometru i ogromnego zapasu pasków do niego, etui FRIO i oczywiście dużej dawki optymizmu i wiary w ludzi ;) 

Już niedługo napiszę więcej o samej Portugalii, ich systemie opieki zdrowotnej oraz podróżach i aktywności fizycznej w tym pięknym i ciepłym kraju, bo właśnie tam postanowiłam zamieszkać :) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz