Po raz kolejny jeździliśmy konno po górach i dolinach w Parku Naturalnym Geres. Za każdym razem obawiałam się, że spadnę, bo w Polsce miałam tylko kilka lekcji jazdy w zamkniętym terenie i nauczyłam się jedynie jak prawidłowo kłusować, a galopowałam raz, jak koń mnie poniósł. Natomiast tutaj jest to jazda w terenie, z przewodnikiem. Poza jazdą po szosie, co nie jest trudne, my jeździmy po małych leśnych ścieżkach oraz drogach górskich, pełnych kamieni- takich, że sama nie wiem czy dałabym radę po nich przejść na dwóch nogach, a konie mają aż cztery. Jednak są z gór i taki teren im chyba nie przeszkadza.
A teraz-jak spadłam? Czy było to podczas galopu po lesie czy w trakcie schodzenia ze szczytu góry? Nie i jeszcze raz nie. To był początek naszej trasy. Konie szły spacerkiem (stępem) przez małą ścieżkę w lesie, po płaskim terenie. Więc jak to się stało, że spadłam? Mój koń się po prostu potknął i padł na kolana, a ja byłam tak zaskoczona całą sytuacją, że razem z nim poleciałam do przodu, po czym spadłam na ziemię przed jego lewą przednią nogą tj. przez głowę. Wszystko trwało zaledwie sekundę. Nie wiem kto był bardziej zdziwiony: ja czy mój koń?
Trochę się potłukłam, ale poza tym nic mi się nie stało. Na głowie miałam toczek (kask do jazdy konnej), długie spodnie i polar. A co z pompą? Na co dzień zawsze trzymam ją w kieszeni spodni bez żadnego etui, bo tak mi wygodniej i nawet nie wzięłam ze sobą z Polski opakowania na pompę. Jednak z myślą o ewentualnym upadku z konia, przed każdą jazdą zabezpieczam pompę jak mogę tj. domowymi sposobami. Z reguły wkładam ją do grubej, wełnianej skarpety i zawijam dwa razy, po czym tak zapakowaną, wkładam do kieszeni spodni. Raz zapomniałam zabrać skarpety z domu, więc pompę grubo owinęłam miękkim papierem toaletowym.
Taki sam trik ze skarpetą zastosowałam, aby chronić pompę przed atakami Caretos (więcej poczytaj tutaj). Oczywiście profesjonalne etui przeznaczone do danego typu pompy są na pewno skuteczniejsze, jednak lepsza skarpeta niż nic. Trzeba sobie w życiu radzić :)
Aby uniknąć niedocukrzenia podczas jazdy (bo w końcu to też jest sport i mimo, że to koń biega, to i moje mięśnie pracują) ja staram się zmniejszać bazę o 40% na czas jazdy i na godzinę przed samą jazdą czyli np. w niedzielę ruszyliśmy o godz 14:00, dlatego ja już o godz 13:00 obniżyłam bazę na 60% na czas 2 godzin. Póki co taki system mi się sprawdza o tyle, że nie kończę ani z cukrem 300 ani 50, a wszystko co pomiędzy to się zdarza.
Co do mojej jazdy, dodam tylko, że po upadku w końcu przestałam się bać, bo przecież już spadłam i nadal byłam cała, więc po raz pierwszy galopowałam po górach z uśmiechem na ustach zamiast strachu i nawet instruktor mnie pochwalił. Szkoda tylko, że już drugi dzień czuje każdy mięsień w moim ciele... No ale sama jestem sobie winna. Chciałam się uczyć jeździć konno, to mam za swoje.
Pięknie się prezentujesz na tym koniu ! aż Ci zazdroszczę tej natury dookoła, pięknej pogody i pomysłu na spędzanie aktywnie wolnego czasu :) pomysł ze skarpetą powala !
OdpowiedzUsuńSkarpeta rządzi ;) a pogody nie ma co zazdrościć, bo teraz znowu pada...
UsuńPozdrawiam z Porto